W cztery oczy z Zeusem

    1024 768 Moja Hellada

    Olimp nie jest mityczną górą jak nam wkładał do głowy Parandowski, a potężne pasmo górskie. O Olimpie opowiadałem turystom tysiące razy. To jest jedno z miejsc, o którym najwięcej wspominam w przewodnickich pogawędkach. Na Olimpie bywam często, ale najwyżej dotarłem do poziomu Prionia. Zawsze mi się marzyło wejść na najwyższy szczyt Grecji, do siedziby Zeusa i jego spółki. Przez ponad dwadzieścia lat miałem wymówkę: sezon, intensywna praca. Pandemia wywróciła mój jakoś poukładany świat do góry nogami i wyprawa na Olimp wypadła z listy marzeń.

    Żyję z dnia na dzień, bez planów, bo 2020 jest pozbawiony rutyny. Branża turystyczna walczy o przetrwanie, a ja o każdą dniówkę. Telefon jest ciągle naładowany, bo a nuż ktoś zadzwoni, aby gdzieś zaprowadzić, oprowadzić, poopowiadać. Generalnie toczę spontaniczne życie, które dostarcza mi wrażeń.

                                                                            Stąd wystartowaliśmy: Gortsia

       

     

    W zeszłym tygodniu wreszcie zadzwonił telefon. Słyszę hasło: wyprawa na Olimp. Oczywiście nie z grupą, a paczką przyjaciół. Wszedłem w to bez chwili zastanowienia. Teraz albo nigdy.

    Od przewodnika górskiego dostałem listę niezbędnych rzeczy. Czytam dwie ostatnie pozycje:  dobra kondycja lub mocna chęć dotarcia na szczyt. Postawiłem na tą ostatnią, bo przecież bardziej się konserwuję niż dbam o siebie. Fakt, że przeszedłem przez kreteński Wąwóz Samaria ponad pięćdziesiąt razy, ale to daleka przeszłość. Zrzucanie zbędnych kilogramów absolutnie mi nie wychodzi, a uwielbiam się delektować życiem. Z potrzebnego sprzętu miałem tylko buty i plecak. Resztę zorganizowałem.

     

                               

    Plan wyprawy brzmiał optymistycznie: pierwszego dnia wejście na poziom 2760 metrów, nocleg w schronisku, a drugiego atak na szczyt i zejście do Prionia.  Naładowany pozytywną energią, wizją spełnienia marzenia, pełen zaufania do doświadczonego przewodnika górskiego uznałem, że cel osiągnę łatwo.

    Wyruszyliśmy z poziomu 1100 metrów n.p.m. o nazwie Gortsia. Nikt z naszego towarzystwa, koleżanki i koledzy po fachu, nie miał większego doświadczenia w wędrówkach po górach. Za to wszyscy dużo wiedzieliśmy o Olimpie. Od początku zaczęliśmy wymieniać się informacjami o historii ukształtowania się pasma, przyrodzie, pierwszym narodowym parku w Grecji, zwierzynie, ptactwie, klimacie, odkryciach archeologów. Co chwilę zatrzymywaliśmy się, aby pooglądać roślinki, porównać ich nazwy w różnych językach, porobić zdjęcia. Czas mijał bezlitośnie. A my straciliśmy jego poczucie. Na szczęście czuwał przewodnik i nas zgarniał lub poganiał. Z każdą godziną wychodziło zmęczenie i rozmowy cichły, ale niepowtarzalne krajobrazy nie pozwalały nam zamknąć dziobów. Do schroniska Apostolidis na wysokości 2760 metrów dotarliśmy po 7 godzinach wędrówki. Normalnie tacy amatorzy jak my pokonują trasę w 6 godzin. A profesjonaliści w ciągu 2,5. Dowlokłem się resztkami sił, kiedy już zachodziło słońce. Zostałem trochę w tyle, bo fotografowałem dostojne, dzikie kozy, których w ogóle nie obchodziła moja obecność. Aplikacja w komórce pokazała, że pokonałem 29 tysięcy kroków i wdrapałem się na 278 piętro.

           

    W schronisku panowała atmosfera pełna luzu, dobrej energii. Międzynarodowe towarzystwo w różnym wieku relaksowało się przy szklaneczce wina lub tsipouro. Dookoła toczyły się rozmowy podsuwające dzień i plany podboju Mytikasa. Jako przewodnicy mieliśmy szczęście rozumieć wszystkich. Zjadłem najlepsze spaghetti bolognese. Pewnie miała na to wpływ wysokość.

           

                                       Schronisko Apostolidis na wysokości 2760 m.n.p.m.

    W ramach wieczornych przemyśleń pod gwiazdami zdałem sobie sprawę, że moje dotychczasowe opowieści o Olimpie były poprawne merytorycznie, ale trochę suche.

    Całkiem inaczej wyobrażałem sobie szczyty, trasę, warunki wędrówki. Wydawało mi się, że jest sobie Olimp, u jego podnóża  miasteczko Litochoro, idzie sobie człowiek przez wąwóz rzeki Enipeas, dociera do Prionia i  potem prosto na Mytikas. Dziś rozumiem Olimp całkiem inaczej. Odkryłem jego magię, potęgę i nabrałem pokory. Spacerując myślałem o wojskach, które się tędy przeprawiały. Taki żołnierz niósł ze sobą kilkadziesiąt kilogramów ekwipunku. Zabolało mnie jak wyobraziłem sobie dzieciaki z komunistycznej partyzantki dźwigające podczas wojny domowej większą i kilkakrotnie od nich cięższą broń.

    Brak sygnału w komórkach, brak internetu spowodował, że zapomnieliśmy o rzeczywistości. Dopiero hasło, że wyłączają prąd o 22.30 zmobilizowało nas do wskoczenia w śpiwory. Od nadmiaru wrażeń, pomimo zmęczenia, obolałych nóg nikt nie mógł zasnąć.

    Świt postawił nas na równe nogi. Zapach kawy po grecku zaprowadził do kuchni, gdzie uśmiechnięta dziewczyna parzyła ją w miedzianych tygielkach.

    To była najpyszniejsza kawa jaką kiedykolwiek wypiłem! No i załapałem się jeszcze na wschód słońca. Pełnia szczęścia! Ceremonialne skonsumowane śniadanie z omletem w roli głównej, szybkie pakowanie manatków. Jeszcze krótka rozmowa z Arisem, naszym górskim przewodnikiem na temat szczegółów ataku na 2918 metrów, czyli Mytikasa. Każdy z nas musiał ocenić swoje siły.

    Ze schroniska Apostolidis jest najkrótsze dojście do szczytu. Dostałem przydziałowy kask. Pogoda była wyśmienita. Wyruszyliśmy.

    Po chwili marszu nagle komenda: tu połóżcie plecaki. Nawet wody nie mogliśmy ze sobą zabrać. Ostatnie wskazówki i ostrzeżenie, że kiedy usłyszymy hasło kamień, po grecku petra to mamy się chować i czekać na absolutną ciszę. Podejście ochrzczono luki, czyli coś wąskiego, ciasnego. Przewodnik ruszył jako pierwszy, kazał iść dokładnie za nim. Pokazywał każdy kolejny schodek. O ósmej rano pot lał się ze mnie jakbym oprowadzał po Akropolu w lipcowe południe. Kamienne schodki były drobne, a ściana mocno stroma. Próbuję chwycić się kolejnej skały i czuję, że się rusza.

    Gdzieś schodzę za mocno na lewo. Dostaję reprymendę. Patrzę przed siebie, macam szczegółowo każdy kamień, którego chcę się złapać. Na wysokości 2850 metrów zatrzymuję się i popełniam tragiczny błąd. Patrzę w górę, a potem w dół za siebie. Mój mózg nagle przypomniał mi o ukrytym gdzieś głęboko lęku wysokości. Czuję paraliż. Chwila odpoczynku. Aris do mnie wraca, pokazuje skałę, gdzie mogę chwilę przemyśleć swoje postępowanie. Determinacja nie pozwala mi poddać się. Podejmuję kolejną próbę. Pokonuję dwa, trzy kamienne stopnie. Czuję jak ze strachu pot zalewa mi oczy, widzę podwójnie kamienie, nogi mam jak z waty. Na 2880 metrach pękam. Informuję pozostałych, że nie dam rady. Słyszę pochwałę za słuszną decyzję i polecenie poczekania na powrót, schowania się przed spadającymi kamieniami. W mojej głowie panowało tylko rozczarowanie, nawet nie mogłem się cieszyć widokami, które miałem przed sobą. Zdążyłem tylko pogadać z Zeusem, aby przeanalizował sytuację na dole, tupnął na pandemiczny bałagan i sprawił, żeby 2020 nie był tylko zapowiedzią 2021. A kiedy wrócili po 15 minutach to nie wierzyłem, że byłem tak blisko źródła i nie skosztowałem wody. Nigdy już nie zweryfikuję czy postąpiłem prawidłowo, bo nawet jak tutaj wrócę to inną trasą. Dłuższą, ale łatwiejszą. Zejście okazało się równie trudne pomimo asysty przewodnika. Od dziecięcych lat nie zjeżdżałem tyle na tyłku.

       

    Po chwili oddechu zaczęliśmy schodzić w dół. Trasa była pełna fantastycznych krajobrazów.

    Chmury przed nami tańczyły rytualne tańce. Co chwilę odkrywały kolejne szczyty, a niektóre nagle ginęły. Powtarzam do znudzenia, że Olimp jest magiczny i mityczny. Pojawia się i znika. Przeszliśmy stromymi zboczami Zonaria. Dotarliśmy do schroniska Zolotas. Po drodze przewodnik nas wkręcił, że jest tam basen na wysokości 2100 metrów, a my uwierzyliśmy. To efekt zaufania jakim go obdarzyliśmy. Czym niżej tym gęstsze lasy pełne potężnych drzew dostarczały cienia. Na wielu było widać ślady lawin śnieżnych, których zimą z Olimpu schodzi dość dużo. Czarne sosny Robola przyciągają wzrok, pozwalają zapomnieć o kamieniach uciskających w stopy. Po drodze obżarłem się poziomkami i malinami, koło których Grecy przechodzą obojętnie. Schodzenie dało się we znaki wszystkim, trwało dłużej. Potem czekała na nas tawerna z pysznym jedzeniem i aromatycznym winem. Taki grecki rytuał.

    Wyprawa na Olimp na zawsze pozostanie w pamięci. W sumie od momentu zaparkowania samochodów  do odjazdu zajęła nam 30 godzin. Ale ile się wydarzyło w tym czasie!  Nie uważam siebie za sportowego typa, który zdobywa kolejne szczyty, a na szlakach biega jak koza. Ale w sumie dałem radę. Zachęcam każdego do spotkania z Zeusem w cztery oczy.

    Skomentuj

    %d bloggers like this: